POCZĄTKI (1984-1985)

1984

To jest historia, która zaczęła się w 1984 roku. Tuż po stanie wojennym. Wykład w Płocku zostaje o 22.00 przerwany z powodu braku zezwolenia na zgromadzenia publiczne.

Wszyscy przenoszą się z sali do pogrążonego w ciemnościach, nieczynnego amfiteatru nad Wisłą. I właśnie tam Lama Ole roztoczył piękną, choć dla nas w tym czasie całkowicie abstrakcyjną, wizję kupienia dużej nieruchomości, np. starego domu wraz z ziemią, najlepiej gdzieś tutaj, w centralnej Polsce.

Uczestnicy tego wydarzenia relacjonują, że po tym wykładzie rozpoczęto poszukiwania odpowiedniej nieruchomości. Trwały ponad rok. Na tym spotkaniu był Janusz Brzost, który pracował w administracji w Płocku i potraktował słowa Lamy Ole bardzo poważnie. Wkrótce rozpoczął podróże po okolicznych, upadłych majątkach dworskich i w końcu znalazł dwie opcje; Kuchary, które zostały ostatecznie wybrane, były jedną z nich.

1985

Trudno dziś sobie wyobrazić, jak bardzo zniszczony i zaniedbany był dworek oraz otaczający go park. Wśród wysokich pokrzyw stała dziurawa jak sito ruina z walącym się dachem i brzozą wyrastającą pośrodku balkonu. Spacer po parku przypominał przedzieranie się przez dżunglę.

Tylko Lama Ole widział potencjał ukryty w tym miejscu.

Kiedy zobaczył Kuchary po raz pierwszy był bardzo szczęśliwy.

Wtedy też wypowiedział historyczne zdanie:

Tego potrzebujemy.
Tutaj będziemy pracować.
Tutaj spotka się wschód z zachodem.

boo-kuchary-poczatki-pierwsza-wizyta-lamy-w-kucharach
plakat_scianka_KUCHARY_MM

(…) W czasie następnych 200 kilometrów do Drobina pogoda była deszczowa i poznaliśmy asfaltową nawierzchnię polskich dróg, po których można by wtedy jeździć na łyżwach.

Ole jechał Oplem Turbo Diesel, my za nim. W czasie ostrego hamowania za traktorem Opel wpadł nagle w poślizg. Olemu udało się ustawić go jeszcze tak, że w ostatnim momencie przejechał między traktorem i dwoma nadjeżdżającymi z przeciwka samochodami. Jeden z tych samochodów wyprzedał akurat drugi! Ponieważ dla wszystkich czterech pojazdów obok siebie nie było wystarczająco dużo miejsca, Ole musiał się zdecydować: komu „spotkanie” mniej zaszkodzi?

Całkiem bez szkód sytuacji nie dało się uratować. To, że zawadzi o traktor, miało dla nas jeden plus. Musieliśmy się troszczyć tylko o guzy na Oplu, masywnemu traktorowi nic się nie stało. Po tym wydarzeniu pojechaliśmy do restauracji i zawarliśmy znajomość z realnym socjalizmem. Mimo, że zamówiliśmy różne dania, kelner przyniósł dla każdego jajka sadzone z kartoflami. potem część zamówionych zup i dwie duże butelki lemoniady, której wcale nie zamawialiśmy. Wojtek, który dla nas wszystko organizował, radził jednak brać to, co jest.

Tak więc nie reklamowaliśmy, zapłaciliśmy 10 000 złotych, czyli 3,50 marki. W czasie naszego pobytu knajpa nagle opustoszała. Dlaczego? Wódka została wysprzedana.

W Drobinie – Kuchary, w polskim ośrodku głównym, Ole wyskoczył z samochodu i udał się prosto do namiotu i nauczał do późna w nocy. Następnego dnia, zgodnie z życzeniami, Ole udzielał rozmów indywidualnych. Podczas oglądania budynku Janek ze swoją grupą – prawdziwi bohaterowie pracy – pokazywali nam jak wiele zrobili. Całą prawą stronę budynku oczyścili aż do fundamentów i przygotowali do rozbudowy. Oczywiście warunki budowy w Polsce są zdecydowanie różne od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Żeby kupić materiały budowlane – Piotr zdobywał je przy pomocy różnych sztuczek w promieniu 300 kilometrów od Drobina – same pieniądze nie wystarczą. Wszędzie trzeba mieć dobre znajomości, zdolność handlowania, organizowania i dobrą głowę do picia. Dobre interesy załatwia się po przyjacielsku, a przyjaźń zawiera się przy wódce. Wszyscy przyjaciele z Drobina byli bardzo wdzięczni za naszą składkę na ich koncie (5500 marek). Janek zapewniał, że te pieniądze zapewnią kontynuację pracy na cały rok.

Mercedes, który Hans z Regensburga kupił dla Drobina również ze składek, okazał się nieoceniony. Ułatwił ciężkie warunki pracy naszych przyjaciół. Został pięknie wylakierowany i odnowiony. Jeździ nim przede wszystkim Janosik, powszechnie nazywany „Rambo”, mający jednak opinię doskonałego kierowcy.

Janek opowiadał, że kurs wypadł akurat w połowie tegorocznego sezonu budowlanego i wszyscy potrzebują świeżej energii, płynącej z wizyty Olego, dla dalszej budowy, Ole podkreślił, jak bardzo cieszy się z tego, co zostało zrobione dla centrum. To umożliwi poznanie Dharmy nie tylko Polakom, ale również Węgrom, Rosjanom i Niemcom z NRD.

(…)
I tak siedzieliśmy, gęsto, wszyscy razem w pokoju, a Ole opowiada/ z jaką radością pracuje w Polsce i ile jest w stanie zrobić (…)

Ole powiedział: „Buddyzm dotyczy nas, ludzi. Mam życzenie, żeby nasi przyjaciele wszędzie wzrastali i pozostawali w nurcie życia. Swoim stylem powinni być ludziom na ulicy tak bliscy, żeby ci nabrali ochoty by uczyć się w ośrodku. Każdy powinien przy tym rozwinąć swoje zdolności. Ciasnota, brak odwagi, egoizm, zostaną w naturalny sposób zburzone pod wpływem grupy. Bardzo ważna jest świeżość – to, żeby życie inspirowało nas swoją różnorodnością. Nigdy nie powinniśmy, zastygnąć w zewnętrznych formach i stać się „kościołem”, ponieważ przeżywają to jako zaufania do siebie samych.”

Kagyu Life.: Na jakie warunki natrafiłeś w Polsce?

Ole: Każdy wyjazd łączył się z kłopotami, wizy, obowiązek wymiany pieniędzy i wiele utrudnień na przejściach granicznych. To przeszkadzało w pracy. Ludzie natomiast byli skrajnie wrażliwi i całkowicie zaangażowani. To typowe zjawisko w Środkowo-Wschodniej Europie. Ludzie w pełni angażują się w oczekiwaniu czegoś, co przeniknie ich życie na każdym poziomie i w każdy sposób

K.L.: Jak wtedy powodziło się ludziom?

Ole: Gospodarczo źle. Wszystko by/o szare, w połowie zepsute i strasznie nudne Ale jako Polacy, ludzie ci posiadali bogate życie wewnętrzne. Zewnętrznie wiodło im się bardzo źle, jednak wewnętrznie to romantycy marzyciele i wizjonerzy.

K.L: Za każdym razem kiedy przyjeżdżaliście do Polski mieliście dużo pracy.

Ole: Tak. Spotykaliśmy tam niezwykłych ludzi. Niekiedy wiele oczekiwali i wiele otrzymywali. Podróże po Polsce przypominały czasami bitwy, program ciągną! się do 6-tej godziny następnego ranka. Przyjaciele pozwalali mi odejść dopiero wówczas, gdy błogosławiąc zasypiałem na głowach ludzi (…)

Telefony prawie nie funkcjonowały, wszystko zajmowało wiele czasu. Do tego dochodził jeszcze głęboki regionalizm, często silniejszy niż w Niemczech między Prusami i Bawarią, albo w Danii między Kopenhagą i resztą kraju.

Szybko zrozumiałem, że musimy znaleźć takie miejsce, w którym moi przyjaciele będą mogli wspólnie wzrastać. Pokierowałem tym tak, że każdy w Polsce zrozumiał, iż jest potrzebne miejsce odosobnień.

Każdy jednak uważał, że takie miejsce powinno znajdować się w pobliżu jego rodzinnego miasta. Ludzie z Krakowa twierdzili zawsze, że są najstarszym Centrum i posiadają najwięcej członków. Warszawiacy powtarzali, że są w stolicy, w centrum kraju. Gdańszczanie mieli również dobre powody i podkreślali swoje związki ze Skandynawią. Wysłuchiwałem wszystkich, interesowałem się i nie pozwoliłem moim mantrom ostygnąć tak długo, aż rzeczywiście pojawiło się nasze miejsce w samym środku kraju.

Przyjaciele znaleźli stary, zniszczony dworek, zbudowany w bardzo pięknej okolicy. Przed okresem komunizmu musiał to być ogród botaniczny z czterdziestoma trzema gatunkami drzew na 6 hektarach ziemi. Pojechaliśmy tam, żeby to obejrzeć.

W owym czasie kurs marki na czarnym rynku był tak wysoki, że od razu mogłem wyjąć z kieszeni całą sumę potrzebną na zakup: całe 600 marek. Jakiś czas trwały jeszcze pertraktacje: czy możemy kupić ziemię bez drzew, ponieważ te były bardzo drogie. I tak powoli, stopniowo wszystko stało się możliwe.

K.L.: Czy znalazł się ktoś, kto zdecydował się zamieszkać w tych trudnych warunkach?

Ole: Pierwsza zima przypominała życie na Syberii. Dom nie miał okien, ale za to miał dziury w dachu i w ścianach. W całym budynku znajdowało się tylko jedno pomieszczenie, które można było ogrzewać. Miałem jednak uczniów, którzy nie pytali, co buddyzm zrobi dla nich, lecz na odwrót. Silna grupa, skupiona wokół Janka i Zbyszka z żoną, przeprowadziła się tam i Janek do dzisiaj utrzymuje tę linię W 1987 roku podpisano papiery i Kagyu stała się prawnym właścicielem tego miejsca. Dopiero wtedy rozpoczęto właściwą odbudowę. W przeciwnym razie za częściowo odnowiony dom musielibyśmy więcej zapłacić.

KL: Utrzymanie domu kosztowało i kosztuje dużo pieniędzy.

Ole: Tak. Dawniej znajomości, dzisiaj pieniędzy. Żeby je zdobyć ludzie grupami wyjeżdżają do pracy, do Norwegii i Finlandii. Niektórzy z nich są wspinaczami górskimi i dobrze zarabiają przy budowie kominów i dachów. Manfred z Villingen dostarcza materiały budowlane, używane samochody i narzędzia. Oprócz tego każdego lata organizujemy w ośrodku kurs medytacji. Dochody z Phowa w 1988 roku pozwoliły pracom budowlanym posunąć się do przodu. Wśród 550 uczestników, którzy uzyskali znaki powodzenia w praktyce, było 120 Niemców, Duńczyków i Szwajcarów, którzy ofiarowali 10 OOO marek. Jak już wspomniałem, dzięki pomocy z Niemiec otrzymaliśmy już dwa samochody. Obecnie, za zebrane w Niemczech pieniądze, kupujemy dla Kuchar 10 okien. Wszystko organizuje Villingen. Drobin-Kuchary posiada teraz grupę ludzi, którzy potrafią wykorzystać możliwości i energie tego miejsca oraz wyjść z propozycjami na zewnątrz. (…)

Dzięki temu miejscu rośnie wspólna praca. Nie ma nic lepszego, niż skupić ludzi razem, Jako żywe pole działania, do których każdy może wnieść coś od siebie

K.L.: Jak widzisz przyszłość Kuchar?

Ole: Tak długo, jak długo Europa będzie podzielona na część bogatą i biedną, a to jeszcze potrwa, będzie to naturalne miejsce spotkania ludzi z państw wschodnich. (…)

K.L.: Czy masz jakieś życzenia odnośnie pracy w Polsce?

Ole: Chciałbym, żeby ludzie wspólnie pracowali i utrzymywali więź z Kucharami. Chciałbym, żeby dużo medytowali na Karmapę, mieli dobry humor i podtrzymywali zaufanie w swoją naturę Buddy. Tego życzę przede wszystkim. Wszędzie tam, gdzie rozbrzmiewa dźwięk mantry KARMAPA CIENNO, i codzienne inwokacje, wszystko się rozwinie. Bernagczien, Mahakala.

K.L.: Dziękujemy Ci, Ole …